Medale olimpijskie to po pierwsze ogromna satysfakcja. Po drugie wdzięczność kibiców. Po trzecie wreszcie niezłe pieniądze.
Teoretycznie udział w Igrzyskach Olimpijskich biorą amatorzy. W myśl idei barona de Coubertin sam udział powinien być nagrodą. Jednak komitety olimpijskie poszczególnych krajów, a także sami organizatorzy Igrzysk już dawno zapomnieli o tych zasadach, a cała impreza stała się po prostu kolejnym wydarzeniem, które ma zarabiać pieniądze. Pieniądze zarabiają też zdobywający medale sportowcy. Ile? To już zależy od krajowego komitetu olimpijskiego.
Ci z polskich zawodników biorących udział w Igrzyskach w Vancouver, którzy zdobyli medale, mogli liczyć na niezłe pieniądze. Zdobycie złotego medalu premiowane było kwotą 250 tys. zł. Srebro dawało zawodnikowi dodatkowe 150 tys. zł, a brąz – 100 tys. zł. Justyna Kowalczyk, która zdobyła trzy medale (złoty, srebrny, brązowy) dostała więc od PKOl pół miliona złotych. Takie same kwoty otrzymały od PKOl sztaby szkoleniowe i medyczne polskich reprezentantów, z zastrzeżeniem, że część premii trafi do kieszeni pierwszego trenera lub nauczyciela, który odkrył talent sportowca.
Rekordowe nagrody za medale miał zamiar przyznać Bułgarski Komitet Olimpijski. Miał, ponieważ żaden z bułgarskich sportowców medalu nie zdobył. Gdyby tak się stało, mógłby liczyć na 410 tys. zł za złoto, prawie 350 tys. za srebro i 290 tys. za brąz. Oczywiście, gdyby nie przydarzyło mu się to, co Norweżce Marit Bjoergen.
Bjoergen nie otrzymała od norweskiego komitetu olimpijskiego, ani federacji narciarskiej premii pieniężnej za złoty medal, ponieważ cały budżet dla reprezentacji został wydany na przygotowania olimpijskie.
Nawet jeśli federacja krajowa nie przyznaje premii za medale, sportowcy mogą liczyć na sponsorów. W przypadku Norwegów było to około 50-100 tys. zł za medal. W tym jednak przypadku wszystko zależy od indywidualnego kontraktu, a jego z kolei wysokość od popularności sportowca, a więc jego atrakcyjności dla odbiorców reklam.